Owszem wczoraj do pociągu wsiadł (bo ja byłam już od czwartku u rodziców), napisał smsa, że jedzie. Ja sobie spokojnie wyszłam po niego na stację. Pociąg podjechał, ludzie wysiedli, a jego nie ma. Pojechał sobie stację dalej, nie zauważył właściwej (!).
Nic strasznego by może nie było, ale to już wieczorna pora była no i pociągi już nie jeździły. Zdenerwowałam się, telefon w ruch. "Kto tu może po niego podjechać". Niestety piątkowy wieczór, wszyscy na grillu, po piwku. Skończyło się, że rada nie rada pojechałam po niego taksówką, dobrze, że choć ona była. Wydatek piękny, ale to 12 km. całą noc by szedł, znając go.
Na tym nie koniec. Luby na stacji kolegę spotkał z podstawówki i czekając na mnie sobie piwko wypili. On nigdy nie pije, więc jedno wystarczyło. Przyjechaliśmy, a on, że do mnie nie idzie po by sobie po mieście jeszcze pochodził. Godzina 22.30, ja zmęczona, mama w domu na nas czeka, myślałam, że mnie coś trafi. Cudem jednak poszedł za mną. W pokoju, jednak dalsze marudzenie, bo ja go UBEZWŁADNIAM!!!!!!! Jedyne na co miałam ochoty to dać mu w twarz.
Przeszło mu jednak. Przeprosił. Pierwszy raz to się zdarzyło, ale ja wściekła nadal jestem. Bo przecież do moich rodziców w takim stanie nie życzę sobie by przyjeżdżał. Nie wiem co zrobię jak to się powtórzy. Nerwy mam nadal.
Jeszcze dwa tygodnie nie minęły odkąd wróciłam, atu wszystko inaczej... :/